WROCŁAWSKI MARATON JUŻ ZA MNĄ :) To była bardzo udana wycieczka, w miłym towarzystwie, w sprawdzonym gronie ;) Tak właśnie chciałbym to nazwać – wycieczka, bo dla mnie maraton to nie tylko sportowe zmagania, start w biegu ulicznym, a także (prawdopodobnie przede wszystkim) zwiedzanie świata, i poznawanie nowych ludzi.

Wyjechaliśmy samochodem w sobotę rano, z pewnymi perturbacjami związanymi ze spowodowaną chorobą, rezygnacją Paulinki w ostatniej chwili z wyjazdu. Na miejsce dotarliśmy sprawnie, choć samego hostelu w którym mieliśmy się zatrzymać, dość długo szukaliśmy, bo jakoś nawigacja nie mogła go znaleźć :O Jak zawsze ostatnio, miejsce w którym zatrzymamy się, wybierałem przez booking.com jako główny czynnik wyboru, biorąc odległość od startu, tak aby ewentualnie, można było na sam maraton rano w niedzielę, udać się na piechotę.

Hostel Dizzy Daisy, to po prostu akademik studencki, przemianowany na czas wakacji na hostel, doskonale zresztą sprawdzający się w tej roli. Jak na warunki jednak dość drogi, bo 128zł za dwójkę, przy pokojach bez łazienek to jednak nie to do czego jestem przyzwyczajony ;) Alternatywą byłoby spanie na hali, co nieraz już robiłem, jednak tym razem, biorąc pod uwagę wspólny wyjazd i chęć zwiedzenia okolicy, nocleg w hotelu był lepszym rozwiązaniem. W hostelu na plus można zaliczyć to, że całą dobę dostępna była przy recepcji kawa i herbata gratis, nawet mleko jak ktoś chciał.

Maraton-Wroclaw-2015-ekipa-z-Radomia (0)

Zaraz po rozpakowaniu się, poszliśmy na piechotę, do biura zawodów odebrać pakiety startowe i pokręcić się tam trochę, by przyjąć już trochę tej świątecznej atmosfery ;) Poszło bardzo sprawnie, przy odbiorze pakietu najważniejsza dla mnie jest możliwość przymierzenia i ewentualnej wymiany koszulki do niego dołączonej, i tym razem na szczęście było to możliwe, na szczęście, ko koszulki bardzo obcisłe okazały się i mój (jedyny słuszny ;) ) rozmiar S, okazał się za mały.

Maraton-Wroclaw-2015-ekipa-z-Radomia (1)

Pokręciliśmy się trochę po niewielkim expo, i świetnie, bo dojrzałem naprawdę śliczną koszulkę (dokładnie tego słowa chciałbym użyć, bo ja lubię ładne rzeczy, i drażnią mnie określenia, że „z tego się nie strzela” „to ma być sprawne a nie ładne” itp. ) startówkę, marki Newline. Rzadko trafiam takie idealnie w sam raz, ta właśnie taka była, do tego mimo że z takich lepszych startówek (specjalny krój, siateczka oddychająca na plecach) cena była jak za najzwyklejszą podkoszulkę 30zł. Aż pomyślałem później, że chyba sprzedawca tu się machnął z ceną ;)

Maraton-Wroclaw-2015-ekipa-z-Radomia (2)

Z pakietami pod pachą wróciliśmy do hostelu, od razu skorzystaliśmy z komunikacji miejskiej, która tego i następnego dnia, dla maratończyków, za okazaniem numeru startowego była we Wrocławiu darmowa.

Maraton-Wroclaw-2015-ekipa-z-Radomia (3)

Zaraz potem pojechaliśmy do centrum, gdzie mimo niewielkiej ilości czasu, zdążyliśmy całkiem sporo zwiedzić, m.in. wspinając się na wieżę widokową, i oglądając panoramę Wrocławia stamtąd.

Maraton-Wroclaw-2015-ekipa-z-Radomia (4) Maraton-Wroclaw-2015-ekipa-z-Radomia (5) Maraton-Wroclaw-2015-ekipa-z-Radomia (6) Maraton-Wroclaw-2015-ekipa-z-Radomia (7)

W knajpce wypiliśmy na spółkę dzban piwa :) i w podkręconych nieco humorach ruszyliśmy zwiedzać dalej. Byliśmy też na Ostrowie Tumskim, gdzie z wielką uwagą przyglądałem się zawieszonym tam kłódkom, szukając swojego i miłego mi ;) imienia, choć nie robiłem sobie nadziei, że znajdę oba na jednej kłódce.

Maraton-Wroclaw-2015-ekipa-z-Radomia (9)Maraton-Wroclaw-2015-ekipa-z-Radomia (10)

W międzyczasie zrobiło się już całkiem ciemno, przez co zwiedzanie zakończyliśmy. Cały ten czas, w pamięci miałem mój wcześniejszy pobyt we Wrocławiu, gdy rok temu byłem tu z zupełnie inną ekipą, równie miłą, a częściowo nawet bardziej (bo po prostu bardziej się nie da ;) )

Po powrocie do hostelu pogościliśmy się już troszkę, ale przed północą wszyscy grzecznie poszliśmy spać, nastawiając zegarki na nieco po godzinie szóstej. Rankiem obudził nas wstający piękny dzień, zapowiadający się ciepło i bezchmurnie. Przebrani w startowe ciuchy, każdy z małym tobołkiem do depozytu, pomaszerowaliśmy na start, odpowiednio wcześniej, nie licząc na podjechanie tramwajem, jak się zresztą okazało, słusznie.

Maraton-Wroclaw-2015-ekipa-z-Radomia (12) Maraton-Wroclaw-2015-ekipa-z-Radomia (13)

Zrobiliśmy sobie pamiątkowe foty, już wtedy tłumaczyłem wszystkim ze przy takiej ilości ludzi, gdy się choć na chwilę rozstaniemy, to trudno będzie się spotkać, trzymaliśmy się więc razem, niestety rozdzielenie przez organizatorów depozytu kobiet od depozytu mężczyzn, spowodował że stało się to szybciej niż myślałem. Spotkałem później jeszcze Marcina, życzyłem mu powodzenia, i już samotnie zrobiłem sobie całkiem składną, w porównaniu do poprzednich maratonów, rozgrzewkę.

Było naprawdę ciepło, ale bez przesady, dla mnie w sam raz, choć czułem, że niejeden nieprzyzwyczajony, jeszcze nad tym grzejącym słońcem zapłacze ;) Jeszcze kilka przebieżek na jednym z bocznych boisk, że bieg w krzaki na siku ;) (kto by tam stał w kolejce do plastikowych śmierdzących wc-puszek ;) ) i już biegnę na start…

Naprawdę długo biegłem :O jedna strefa, druga, trzecia… cały czas obok barierek, aż się przestraszyłem że nie zdążę, i będzie jak w Poznaniu.. Jednak martwiłem się niepotrzebnie. Ledwo wpadłem na swoje miejsce, włączyłem kamerkę i zaraz słyszę odliczanie od 10-ciu… Biegniemy :) Jak zwykle zdejmuję czapkę i kręcę kamerką za siebie, żeby ładnie nagrał się moment startu, niestety później okaże się, ze kamerka nie wiem z jakiego powodu, pewnie źle naładowana albo rozładowana, nic z samego maratonu nie nagrała :( .. Nie widzę mat startowych, linii startu na której należałoby włączyć własne czasomierze, jestem tym nieco zdziwiony, dochodzę przez chwilę do wniosku, że po prostu startują każdą strefę z jednym czasem brutto.. Nie zajmuje mnie to bardzo jednak, biegnę sobie, wspominając w duchu.. jak to było rok temu…

Jak zwykle pierwsze kilometry mijają błyskawicznie, najczęściej aż do połówki, zupełnie się nie zastanawiam, ile to km za a ile przede mną ;) Jak zawsze na początku biegnę w większej grupie, jakiś gaduła ;) z prywatnym pacemakerem obok, biegnący na 3:00 biegnie obok, trochę podsłuchuję co mówi, myślę sobie „gaduło, jak będziesz tyle gadał to z rekordu nici.. ) Ale w którymś momencie sam zmieniam się w gadułę :O słyszę wołanie po imieniu to Darek Wziątek, choć nie wiem czemu do imienia dodaje słowo Pan :O (Pan Andrzej) :O Od razu jakieś zainteresowanie ze strony tych bliżej mnie, od słowa do słowa, który to maraton, zaskoczenie że biegam aż tyle, zaraz potem sztandarowe ;) pytanie każdego biegnącego w maratonie –  na jaki czas biegnę, tłumaczę, że ja zaczynam bieg zawsze na 3:00 a potem wcześniej czy później wychodzi jak wychodzi… czyli 3:15 ;) Nawet nie wiedziałem jak prorocze będą te słowa :O Gadamy tak trochę ze dwa kilometry, aż sam mówię do tamtych, że już nie gadamy, z (ich) rekordu będą nici..

Biegniemy jeszcze jakiś czas, jednak od około 12-go kilometra grupa powoli rzednie, i zbliżając się do połowy dystansu, zaczynam biec raczej sam.. Przez cały czas biegnie mi się doskonale, co 5km kontroluję czas na zegarku, ciągle jestem o kilkadziesiąt sekund przed zakładanym wymaganym międzyczasem na 3:00.. Po trochu kiełkuje mi w głowie myśl, że dziś jest dobry dzień na bicie rekordu :) … Jednak (jak zwykle ostatnio :( ) kilka kilometrów za półmetkiem, zaczynają się schody :( Do tej pory, największym moim problemem była kolka pojawiająca się nieoczekiwanie, i skutecznie hamująca mnie w biegu, i tym razem tak od około 25-go kilometra zaczęło się dziać i tym razem. Jednak nie była to gwałtowna reakcja, jak choćby na Maratonie Solidarności miesiąc temu, gdy chwyciła tak mocno, że nie mogłem oddychać, tylko zdecydowanie mniejsza, pozwalająca na w miarę sprawny, choć wolniejszy bieg.. Gdy kilka kilometrów dalej zobaczyłem że założony czas już o kilka minut rozjeżdża się z realnym, po prostu (znów :( ) odpuściłem.

Mimo to rzeczywiście się starałem i na samą metę wbiegłem naprawdę całkiem całkiem zmęczony :O Mimo to, był jeden z fajniejszych biegów w jakim uczestniczyłem, w czym bardzo pomogła piękna słoneczna i ciepła, nastrajająca optymistycznie, pogoda jaką lubię. Wcale nie było mi za gorąco, choć przyznam, że niewiele do takiego stanu brakowało ;) Trochę szkoda mi było, że w tym roku zmieniono trasę, i nie biegliśmy przez sam środek Rynku, i nie przebiegaliśmy przez Most Zakochanych (Most Tumski).. chyba to drugie nawet bardziej. Mimo to trasa była naprawdę piękna, jak to we Wrocławiu cały czas biegła wystarczająco szerokimi ulicami, przez które naprawdę komfortowo, bez obijania się łokciami, biegło się. Kibiców też było całkiem sporo, bardzo miło wspominam te momenty, gdy widziałem niewymuszone uśmiechy, i słyszałem słowa zagrzewające do większego wysiłku :) Super.

Na metę wbiegłem z czasem 3:13:47 na zegarku, później okazało się, że oficjalny start to jednak chyba był gdy jeszcze stałem, bo doliczono mi kilkanaście sekund, ale nadal 3:13. Szybko przebrałem się i wykąpałem, i poleciałem na metę popatrzeć jak reszta ferajny wbiega ;) Stanąłem z aparatem blisko mety, i po kilkunastu minutach dojrzałem Marcina (4:11:31), słusznie przy tym sądziłem, ze pewnie przegapiłem jak przybiega Mirek, który był jakieś 12 minut wcześniej. minimalnie łamiąc 4h z czasem 3:59:49.

wroclaw-maraton-fotomaraton (4) wroclaw-maraton-fotomaraton (5)

wroclaw-maraton-fotomaraton (6) wroclaw-maraton-fotomaraton (8)

Pozostało mi tylko czekać na Monikę, która w pięknym stylu wbiegła na metę przy 4:26:54 Pobiegłem jej pogratulować trochę pogadaliśmy i umówiliśmy się że wszyscy razem spotykamy się jak to wcześniej ustaliliśmy koło sceny.

Maraton-Wroclaw-2015-ekipa-z-Radomia (14) Maraton-Wroclaw-2015-ekipa-z-Radomia (15)

Tamże już wszyscy razem oglądaliśmy na telebimie przy scenie końcówkę maratonu, coś tam jedliśmy i piliśmy, trochę rozmawiając, żartując, w oczekiwaniu na ostatniego zawodnika i losowanie! Niestety nie wylosowano żadnego z nas ;) Jednak zmieniona formuła losowania, w której losowano tzw. rezerwowych wygranych (niezrozumiała sprawa) spowodowała, że coś jednak trafiło na naszego, Marcina wylosowano jako rezerwowego, wygrywającego samochód.. Masakra dowiedzieć się że tak tuż tuż się było ;)

W sumie niewiele to zmieniło, pokręciliśmy się jeszcze, zrobiliśmy pamiątkową ostatnią fotę wychodząc, i pomaszerowaliśmy zdać pokój i udać się w dobrych humorach z poczuciem dobrze wypełnionego zadania, w drogę powrotną do domu. Już wkrótce kolejny start, lada chwila Maraton Warszawski, na który też, choć już nie w tak dużej grupie, udaję się. :D :D

Maraton-Wroclaw-2015-ekipa-z-Radomia (16)

WYNIKI: http://wyniki.datasport.pl/results1581/

Opublikowano w dziale: bieganie, maraton

Napisz komentarz...



5 + = jedenaście