Dzisiejszy ostatni już listopadowy dzień, w którym miał odbyć się trening BBL był jednym z tych najpaskudniejszych dni, podczas których ma się jedynie ochotę na ciekawą lekturę przy gorącej herbatce ziołowej. Niebo straszyło dziś posępną szarugą. Wyjście na trening było prawdziwym testem na siłę woli. Mimo to, że miałem pod ręką całkiem obiecującą lekturę: „Nowy wspaniały świat.” Aldousa Huxley’a, to udało mi się w jakiś sposób znaleźć motywację. Przebrałem się w cieplejszy strój i już truchtem zmierzałem na stadion, włączając po drodze licznik endomondo.

Po raz kolejny okazało się, że to co za oknem, wygląda dużo gorzej niż jest w istocie. Dziś napiszę coś, do czego będę wracał za każdym razem, gdy mi się nie będzie chciało potrenować biegania. Nie ma prawdziwego wypoczynku i prawdziwej błogości bez chwili trudu. Bieganie jest lekiem na każdy smutek i nie jest w stanie na to wpłynąć pogoda. Bieganie w ramach BBL ma jeszcze jedną, dodatkową zaletę: wiesz, że jak pójdziesz na stadion, to kogoś zawsze tam zastaniesz. Ja jestem samotnikiem, indywidualistą, bardzo cenię sobie spokój i odłączenie się od wszystkich spraw, gdy biegam sam. Odkryłem jednak, że potrafię też docenić i uradować się towarzystwem innych ludzi. Gdy zobaczysz uśmiechniętego człowieka, obok siebie, to samemu masz ochotę się uśmiechać. Co ciekawe, na BBL przychodzą właśnie ludzie, którym chce się uśmiechać. W ten sposób rodzi się coś dobrego, a taki wspólny trening jest błogosławieństwem.

Dziś było skromniej jeśli chodzi o frekwencję wśród uczestników. Nie mogli nam też towarzyszyć wszyscy trenerzy ze względu na wyjazd przygotowawczy do Zakopanego, ale mimo wszystko sobie poradziliśmy, a ja mogę powiedzieć, że wykreowałem sobie ciut tego nowego, wspaniałego świata :) Myślę, że każdy kto pokonał swoją słabość, czuje to samo.

Opublikowano w dziale: BBL, bieganie

Napisz komentarz...



2 + dwa =