Pokusiłem się o sporządzenie relacji z biegu, widzianego z pozycji biegnącej mojej osoby :) skupiając się bardziej niż na sportowych, aspektach jakby fizjologiczno – filozoficznych ;) w takim trochę literackim opisie. Bieg okiem „niedzielnego biegacza” Zapraszam.

Wreszcie niedziela! Poranek wita nas wspaniałą słoneczną pogodą, a mamy dziś wyczekiwane od dawna zawody „Biegiem wokół Południa”! Od samego rana  chodziłem naładowany, szybciutko wszystko przygotowałem do wyjścia na bieg, a biorąc pod uwagę sprzęt filmowy i fotograficzny, trochę tego było. Na miejscu było trochę pracy, przyglądania się wszystkim poprzednim biegom, i gdy nadszedł już bieg kobiet, wiedziałem, że lada chwila, trzeba będzie naprawdę stanąć na wysokości zadania. Nerwowe ostatnie chwile, uwagi, prośba do stojącej najbliżej biegaczki, żeby odganiała sprzed kamery „zasłaniaczy”, obawa, że z tego wszystkiego nie dość dobrze się rozgrzałem, tyle odrywających uwagę zajęć, a bieg na samym końcu…

W końcu biegniemy, od razu staram się nie wyrywać mocno naprzód, ale skutkuje to tym, że masa ludzi mnie wyprzedza, podświadomie przyśpieszam i ja. Biegniemy pod górkę, pocieszam się, że treningowo często biegam górki i dołki, bo w Siczkach gdzie najczęściej biegam, tego nie brakuje, i rzeczywiście, nie jest to jakiś duży problem. Przed sobą widzę biegacza w zielono białym stroju, z fryzurą trochę ala wojownik indiański, myślę sobie, jak go wyprzedzę, to dostanę  jeszcze tomahawkiem przez plecy ;) Jednak nie ma mowy o zbliżeniu się, biegniemy już południową stroną, ulicą Sycyńską, i gdy ktoś biegnie równie szybko jak ja, to podejście o metr nawet jest piekielnie trudne, tym bardziej, że ciągle jeszcze jest dość tłoczno. W końcu gdy wbiegamy w ulicę Wierzbicką, jest już trochę luźniej, teraz jest z górki, staram się przypomnieć sobie najbardziej ergonomiczne ruchy, pomocne przy zbieganiu w dół, chyba jestem szybszy niż inni, lub duża przestrzeń przed nami sprawia, że biegaczy jest zdecydowanie mniej niż na początku.

Biegnę sobie, nie myślę zanadto, gdy przebiegam przez wyloty dróżek z osiedla, z wdzięcznością patrzę na stojące w ubraniach odblaskowych wolontariuszki, pilnujące by nic nas nie rozjechało, i nawet nie rejestruję, nie rozglądam się, czy trzeba uważać. Długo biegnę sam, nic się nie dzieje, nic nie rozprasza, w końcu skręcam ostro między bloki, w ulicę Czarnoleską. Jest już mi coraz trudniej biec, czuję że chyba jak zwykle nadałem zbyt duże tempo, trochę teraz żałuję, że nie jestem „oprogramowany” jak robot, jak inni moi koledzy/koleżanki, którzy ciągle coś tam w swoich elektronicznych cudeńkach – pomocnikach biegania sprawdzają…

i wtedy słyszę z tyłu głos Pawła „Mam Cię!” – dogonił mnie kolega z Biegam bo Lubię – Paweł Górka i Karolina, której nie dość było biegu dla Pań, i biegnie jeszcze nasz dystans, chyba trochę jako taki nasz bbl-owy pacemaker :) Od razu skądś napłynęło więcej sił, pierś do przodu, dotrzymuję kroku i biegniemy razem, razem też wbiegamy na stadion, tfu! chciałem powiedzieć – park, i aż do mety pierwszego okrążenia biegniemy wspólnie. Karolina zostaje na mecie, a ja biegnę dalej obok Pawła, trochę za Pawłem, coraz dalej za Pawłem, w którymś momencie orientuję się, ze Pawła już nie ma :(

Oddycham już w tempie lokomotywy super express-u, za drugim zakrętem konstatuję że to już bliżej niż dalej, ponad pół dystansu za nami, ciężko się biegnie, ale przynajmniej gorąco mi nie przeszkadza, bo jestem po prostu przyzwyczajony do biegania w upale. Gdy widzę po drodze znajomą twarz, w okolicy ulicy Trojańskiej stoi jako wolontariuszka pilnująca wylotu, Milena Czubak, która często w czasie gdy my mamy spotkania BBL, trenuje obok nas, i teraz rzuca mi jakieś słowa zachęty, których ze zmęczenia nawet nie zapamiętałem, to działa na mnie jak nowy zastrzyk energii.

Wybiegam na otwartą przestrzeń, akurat zerwał się większy wiatr, droga wiedzie w dół, chcę biec nisko, żeby wiatr mnie nie hamował… jednak zamiast tego patrzę wyżej… przed sobą mam widok z góry na wielką otwartą przestrzeń, i widzę głównie obłoki, które stanowią jakieś 70% całego widoku.. droga, osiedle po prawej, jest takie malutkie, a ja widzę tylko płynące chmury i słyszę szum wiatru. Dziwne… kilkanaście minut temu gdy tędy biegłem, patrzyłem głównie pod nogi, stąpając twardo po ziemi, teraz spoglądam przed siebie i w górę… dookoła tylko błękit i białe obłoki… Powtarzam sobie kilka razy dobrze zapamiętany cytat Haruki Murakami, bo sam go parę dni wcześniej umieszczałem na stronie stowarzyszenia… choć akurat w tym momencie, zmęczony, trochę przestawiam niektóre słowa, mówiąc tak: „Kiedy biegnę myślę o chmurach.. i rzece… choć w zasadzie nie myślę o niczym, je­dyne, co robię, to biegnę przez własną przy­tulną, skro­joną na moją miarę pustkę, własną no­stal­giczną ciszę. I to jest czymś cudownym…”

I tak niewiele myśląc biegłem sobie z góry, widok chmur spychał wyżej coraz bardziej wypełniający się dołem obraz ziemi, było coraz bardziej płasko, aż dotarłem do Sycyńskiej, i po ostrym skręcie w prawo, poprzedni miły obraz zniknął z oczu… Od razu zrobiło się jakoś powszedniej, chmury zastąpiły bloki, przejeżdżające samochody, czułem już tylko wszechogarniające zmęczenie i trochę jakiś smutek.. i wtedy… Znów dogoniła mnie Karolina :)

Do mety został niewiele ponad kilometr, bieg gdy ktoś nadaje rytm jest zdecydowanie łatwiejszy, na pewno udało mi się dzieki temu zbić trochę sekund. Należą się wam jeszcze słowa wyjaśnienia, jak to jest z tym „doganianiem”. Żebyście nie myśleli, że byłem tak dobry, że Karolina dogoniła mnie dopiero na 7-mym kilometrze. Nic z tych rzeczy! Karolina biegła sobie dla przyjemności, po drodze na zakręcie zatrzymała się poplotkować z koleżanką, która robiła fotki, na mecie pierwszego okrążenia wyskoczyła na kawkę, może i ciasteczko, po czym wróciła, na trasę, dogoniła, pomogła i pobiegła sobie dalej. Taka jest!

Mnie została już tylko końcówka po parku, zmusiłem się jeszcze do mocnego szarpnięcia się do przodu, ale spojrzałem przed siebie… nikogo… bardzo daleko z przodu ktoś biegnie. Spojrzałem do tyłu.. nikogo … tak samo bardzo daleko z tyłu ktoś biegnie. Nikt mi nie zagraża, ani ja nikomu też. Chyba wtedy biegłem już bardziej jak nosorożec, niż inne naturalnie biegające zwierzę, człapałem chyba jak jakiś człapacz, dopiero słysząc głos spikera (Pana Kraski), żebym tak nie człapał (jakoś inaczej to chyba ujął ;), zmusiłem się do ostatniego wysiłku.

Wreszcie META! łyk wody.. radość! Czas 37.24 Chyba mój najlepszy na takim dystansie, choć gdy sprawdzę później na kamerce, okazuje się, że drugie okrążenie biegłem ponad minutę wolniej niż pierwsze, a zazwyczaj staram się robić wszelkie okrążenia w tym samym czasie. Rozglądam się dookoła.. Świat jest piękny! Sprawdzam czy kamerka ciągle nagrywa (Yes!) Łapię aparat, i lecę uwieczniać to co się na naszych oczach dzieje.

A „indianin” przybiegł dobrą minutę po mnie :)

Opublikowano w dziale: bieganie

2 Responses so far.

  1. Pablo pisze:

    Super relacją :) widać że robisz to co kochasz a ja jestem pełen podziwu dla ciebie. Mało jest takich ludzi którzy mają czas na realizację pasji i jeszcze na relację ich w taki sposób. Pozdrawiam Serdecznie P.G. ;)

  2. Mnichal pisze:

    Andrzej, wygląda jakby podczas tego biegu los i okoliczności Ci sprzyjały. Dobre duchy pojawiały się zawsze w momentach przejściowych kryzysów, by pomóc Ci pokonać słabości. Bardzo ciekawa taka indywidualna relacja. Każdy może porównać ze swoją, którą ma podczas biegu.

Napisz komentarz...



+ dziewięć = 17